Kategorie: Wszystkie | Motto | Muzyka | O mnie | Salsa | Z Życia wzięte
RSS
środa, 05 września 2007
Witam ponownie

    W końcu udało mi się tutaj wrócić po kilku miesiącach nieobecności. Ten czas potraktowałem jako okres refleksji nad tym co mnie otacza, dotyczy, pomaga i przeszkadza w życiu. Postanowiłem też, że blog będzie kontynuowany bez względu na inne okoliczności.

    Dodałem nową kategorię Salsa. Zapewne dobrze sie domyslacie, salsa jest tańcem latynoamerykańskim, posiada kilka odmian takich jak cubana, los angeles, miami. Myślę, że już niedługo będę w stanie ukazać wszystkie jej pozytywne strony.

      Z nowości moge już teraz zapewnić, że będe publikował jeszcze więcej opowiadań. Jedne będą bardziej prawdziwe, drugie zupełnie fikcyjne, a w trzecich będą sie przeplatały elementy prawdy i mojej wyobraźni. Byc może podejrzewacie dlaczego umieszczam te opowiadania na blogu, wydaje mi się, ze Wasze przypuszczenia idą w dobrym kierunku.

    W najbliższym czasie prawdopodbnie umieszczę kilka zdjęć, żeby skończyć z zupełną anonimowością. Ale nie jest to jeszcze pewne, zależy przede wszystkim od czytelników, czyli od Was. Nie ukrywam, że chciałbym nawiązać z Wami większy kontakt by móc swobodnie dyskutować o pewnych zagadnieniach.

    Nie będzie to blog polityczny, nie będzie również dotyczył świata medialnego, reklam i nowości. Myślę, że klimat pozostanie takie jak był wcześniej, ulegną zmianie troszkę poruszane sprawy, sposób ich przedstawiania i moje, jak zwykle, chłodne podejście do sedna sprawy.

 

                    Pozdrawiam

niedziela, 13 maja 2007
Od szczęścia do łez...

    Czymże jest szczęście? Ano jest napewno stanem człowieka. Kiedy jesteśmy szczęśliwi zazwyczaj usmiechamy się, więcej i bardziej spontanicznie mówimy, mamy ochotę kontaktowac sie z innymi, spotykać, rozmawiać. Nie działają na nas żadne negatywne bodźce.

    Jedni osiągają ten stan pernamentnie. Cieszą się ze wszystkiego, z każdym zawsze i otwarcie rozmawiają, potrafią się do każdego śmiać. Ale czy oni naprawdę są szczęśliwi...?

    Spotykam wciąż ludzi, którzy uśmiechaja się jedynie ustami. Połowa twarzy się śmieje, ale druga połowa wraz z oczami jest martwa. Kiedy człowiek cieszy się w sposób prawdziwy, ma podciągnięte do góry kąciki ust, jego oczy są inne - żywe. Oddycha klatka piersiową, widać, że energia wręcz go roznosi. 

    Pytanie... jak często sie usmiechamy? Cudzoziemcy postrzegaja nas jako ciągłych smutasów. Ale z czego się tu w Polsce cieszyć? Z polityki? Z dwójki nieudaczników, którzy wymiślili sobie, że pobawią sie w rządzenie? Z tego, że od wielu lat bezrobocie jest takie a nie inne i że w kraju nie ma żadnych perspektyw? Z teo, że każdy, kto tylko dostanie się na studia już musi mysleć gdzie po zakończonej edukacji wyjedzie? Czy może wreszcie z tego, że ich rodzina nie ma często środków na podstawowe rzeczy do życia, a rząd nic  w tym kierunku nie robi?

    Zachciało sie nam Euro 2012. Do niedawna byłem zwolennikiem decyzji Platiniego. Będą stadiony, autostrady, drogi ekspresowe, hotele, restauracje, rozwinięta dalece posunięta infrastruktora. Ale zdałem sobie sprawę, że nie takim kosztem. Nie kosztem ludzi, biedy, propagandy!

    Pieniądze, które rząd chce pzeznaczyc na ta imprezę są ogromne, nie będę pisał o konkretnych liczbach, bo 10 milionów w ta czy w tą to przecież żadna różnica. Owszem, dostaniemy  jakieś miliony euro z kochanej Unii, ale reszte trzeba pokryć panie gospodarzu. 

    I niech mi nikt nie pierdoli, że inwestycja sie zwróci. Mina mistrzostwa, bogaci turyści wyjadą z kraju i co zostanie? Stadiony, na które nikt nie będzie przychodził, bo będzie się bał. Hotele dla klientów z samymi zielonymi w portfelu. Autostrady... jeśli je zbuduja tak, jak wszystkie drogi, to do mistrzostw (zakładając, że zostana wtbudowane) będa kilka razy łatane.

    A i tak mam nadzieje, że Platini z ekipa jednak pójdzie po rozum i odda organizacje Włochom czy Niemcom. Oby tak sie stało! Chciaż byłby jeden plus tych mistrzostw... eprezentacja w końcu by na nich zagrała...

niedziela, 06 maja 2007
Nowe porządki

    Blog istnieje już 9 miesięcy. Przygoda z pisaniem zaczęła się we wrześniu, w pieknym miesiącu, w którym nie tylko mam urodziny, ale w którym dzieci zapieprzają do szkoły, studenci myślą, że powoli zacznie się klejny rok, sesja, egzaminy, a inni studenci myslą, że za kilka dni sesja... poprawkowa. Taki oto miesiąc wybrałem na przygode z blogowaniem. Co mnie nakłoniło? Przede wszystki dwie rzeczy...

Były wakacje. Długie, ciagnące się wakacje, ale bardzo spokojne. Skończyłem liceum, zdałem maturę, dostałem sie na uczelnię, na którą nie ot tak się mozna dostać (jeszcze trudniej podobno wylecieć), miałem duzo wolnego czasu...za dużo. W TV właśnie był program o sławnych blogerrach. Sobie pomyslałem - fajna sprawa, spróbuje i ja. Nie dlatego, zeby byc sławny, nie dlatego, zeby pisać bzdury, tak, jak wiekszość 15 - latek, które codziennie zamieszczaja relację z kim sie pokłóciły, kto z kim zerwał i kto im sie podoba.

Zacząłem pisać, żeby mieć przede wszystkim frajdę, spróbowąc, podreślam jeszcze raz - spróbować swoich sił w tej dziedzinie. A dlatego o tym piszę, bo zdałem sobie sprawę, że jeszcze 3 miesiące i wrócę do punktu wyjścia. Znowu będą wakacje, znowu będzie wrzesień - moję juz nie naste urodziny i znowu będzie trzeba zapieprzać od nowa.

 

A jeśli juz o wakacjach... Jedna rzecz mnie przeraża. Spotkałem sie ostatnio ze znajomymi i wspólnie wspominalismy ubiegłoroczny wyjazd w góry. Było naprawdę fajnie (wrzucę jakieś zdjęcia). Ale nikt nie powiedział :powtórzymy to i w tym roku". A dlaczego? Bo to nie będą normalne wakacje. Tak naprawdę wakacje nie są już odpoczynkiem dla cżłowieka, nie są czasem, gdzie mozna pojechać nad morze, wystawic dupsko do słońca, wypic piwo i nie robić nic. Nie są też czasem wspólnego wybrania sie na weekend nad rzeke połowic ryby. Nie mozna zadzwonic o dwunastej w nocy, że o 6 jedziemy do Austrii, jak to miało miejsce jakis czas temu. Nie mozna, ale dlaczego?

Ano dlatego, że wakacje to czas jeszcze cięższej pracy niż podczas roku szkolnego/akademickiego. Każdy tylko czeka, aż przyjdą wakacje, żeby jak najszybciej pojechać za granicę i tyrać przez 3 miesiące tylko po to, żeby opłacić sobie stufia, kupic nowy samochód, ogólnie mieć troche "grosza przy dupie". Ja takim ludziom wcale się nie dziwię, co więcej - ja ich podziwiam. Bo nie każdemu chciało by sie tułać samolotem często tysiące kilometrów i zapieprzać całymi dniami. Większość jednak woli siedzieć w domu, najlepiej nic nie robić, siedzieć przy komputerze, czy telewizorze.

Sam miałem propozycje wyjazdu do Norwegii na całe 3 miesiące, lub nawet dłużej, jednak mam za duzo obowiązków na lipca do grudnia, żeby móc sobie na to pozwolić.

Moje wakacje będą podobne do poprazednich, a jednak będa sie różnić. Od kilku juz lat wakacje są dla mnie etapem przygotowac do konkursów, o dziwo, zagranicznych. Wiadomo - nie pogardziłbym szybkim i pewnym przypływem gotówki, mógłbym sobie pozolic na pewne rzeczy, jednak nie to dla mnie jest najważniejsze. Zycie to sztuka wyboru, "cos kosztem czegoś" i ja takiego wyboru dokonałem...

 

Dawno nie napisałem tak wielowątkowej notki. Ale to nawiązanie do tytułu. Chce wprowadzic pewne zmiany na tym blogu i będe to robić systematycznie, lecz powoli. Notki będe zamieszczał częściej, pisał w nieco inny sposób i równiez nie dlatego, zeby byc sławnym, czy pisać "na ilość". Zreszta sami zobaczycie.

 

żegnam :) 

 

piątek, 04 maja 2007
Cogito ergo sum cz. II

Jakiś czas temu pisałem o jednych świętach, później drugich, w między czasie o sesji i kilku innych rzeczach. Miałem zamieścić równiez opowiadanie o inteligencji kobiet (to takie istoty chodzące po ziemi, które walczyły o równouprawnienie, a mimo to czuja sie lepsze). Takiego tekstu tutaj narazie nie zamieszczę z kilku względów. Przypomina mi się jednak śmieszna, a raczej przerażająca historia, która miała miejsce kilka dni temu w jednym z najwiekszych supermarketów w Krakowie. Otóż poszedłem tam na zakupy, nie poraz pierwszy, ale obawiam sie, że poraz ostatni...Zbierając rzeczy do swojego koszyka nie mogłem znależć ceny pewnego produktu, więc zapytałem młodą panią w żółtym, odblaskowym ubranku o pomoc. Ta powiedziała, że nie jest z tego działu i za chwilę przyśle do mnie pracownika. Czekałem kilka minut, po czym zapytałem kolejnego pracownika - młodego, ogolonego na łyso gówniarza (wyglądał na 16 lat) i zwróciłem sie z taka samą prośbą. Usłyszałem drugi raz takie same słowa. Nie wytrzymałem, zarządałem, żeby zaprowadzili mnie do dyrektora tego martketu, a raczej "tego syfu". Momentalnie zjawiła sie jakaś przełożona z wielkimi przeprosinami, że musiałem tyle czekać i odrazu wygrzebała w magiczny sposób cene tego produktu. Podziekowałem i perwersyjnie na jej oczach wyciągnąłem go z koszyka.

Kolejny szok przeżyłem przy kasie. Kim powinna byc osoba, która jest odpowiedzialna za tysiące polskich złotych, które ma w kasie po całym dniu pracy? Wydaje mi sie, że przede wszystkim "kumata". Już nie chodzi mi o to, czy jest ładna, brzydka. Chociaż kiedy przekłada takie rzeczy jak pieczywo brudnymi, czarnymi rękami z zalegającym brudem pod paznokciami, mam ochotę podziękować jej za fatygę. Tym razem jednak podszedłem do takiej kasy, gdzie kolejka była najmniejsza. Po odejściu zrozumiałem, dlaczego tak mało ludzi tam stało...

Płeć - kobieta

Wiek - ok. 25 lat

Kolor oczu - niebieskie

Kolor włosów - blond

Stan włosów - przetłuszczone, z kilkumiesięcznymi, czarnymi odrostami, spięte w kucyk czerwoną gumką

Dłonie i pazanokcie - schodzący, różowy lakier do paznokci, z dodatkiem czarnego brudu

Wykształcenie - podstawowe, niepełne

Miałem ochotę podziekować i pójść do innej kasy, ale czekanie kolejnych 20 minut mnie odstraszyło. Skasowała moje produkty tym swoim magicznym urządzeniem i zaczęła liczyć również te, które młoda dziewczyna wyciągnęła za mną. Powiedzalem ze spokojem na twarzy, szukając portfela, że to juz nie jest moje. Głosem, potwierdzającym, że ukończyła co najwyżej siódmą klasę podstawówki powiedziała, że "to ja teraz mużem zrobić wzrot". "Słucham?" - Zapytałem. "Pan nie oddzielił i przes pana muszem zrobic wzrot. Siem oddziela siem tym tam, co leży" - wytłumaczyła jasno i klarownie. "Po chwili zrozumiałem, że chodziło jej o to, że powinienem oddzielić swoje zakupy na tej taśmie taką tabliczką. Ale czy ona miała jakąś wadę wzroku? Dziewczy za mną zrobiła co najmniej pół metrową przerwę. Może zmyliło ją to, że ta za mna jako pierwsze wyciagnęła na taśmę zgrzewke piw...?

Powiedziałem, że "nie, prosze pani, ja płacę tylko za to co tutaj jest". "Zaraz" - odpowiedziała, "wzrot robiem". "Oczywiście, spokojnie proszę sobie robić wzrot" - cynicznie zakończyłem. Dałem jej kartę, która obejrzała z każdej strony, jakbym miał być złodziejem.

 

Nie rozumiem... dlaczego ludzie boja sie wody? Dlaczego ludzie boja sie książek? Dwa tygodnie temu miałem "służbowe" spotkanie z grupa ludzi w sprawie przebudowy lotniska w Balicach, zmianie logo itd. Wśród ósemki ludzi, przyszła również dziewczyna, mająca ok 23 lat, dosyc zgrabna, zadbana, ale cos mi w jej wyglądzie nie pasowało. Troche wyzywająco wyglądała, mimo, ze nie miała figury modelki. Na pytanie "kim są i czym sie na codzień zajmują", każdy był w stanie powiedzieć conajmniej te 4-5 zdań. Wypowiedź Karoliny - bo tak miała na imie, wyglądała nastepująco:"Jestem Karolina, pracuję jako barmanka".

Czy to jest tak, że patrząc na człowieka, mozemy powiedzieć kim jest i czym się zajmuje? Poza tym jak tak dobrze prosperujący sklep mógł sobie pozwolic na zatudnienie kogos tak... "mało inteligentego". Czy takich ludzi boli wiedza? Boli nauka? Boli myslenie?

 

Ludzie boja sie myśleć, gdyby zaczęli,zrozumieli by, że robią źle i za wszelka cenę usiłowaliby to zmienić na lepsze. A "lepsze" nie jest łatwe. Lepiej żyć prostoi nie przejmować się niczym...

wtorek, 10 kwietnia 2007
Powrót

    Mając trochę wolnego czasu juz w trakcie świąt, chciałem coś tutaj napisać. Nie, nie chciałem składać Wam życzeń, nie chciałęm życzyć smacznego jajka, wesołego alleluja, roześmianego baranka, pogody ducha i mogrego poniedziałku. A dlaczego? Dlatego, że mam to wszystko głęboko w dupie. W dupie mam święta, w dupie mam życzenia.

    Większość, no dobra... prawie wszyscy z Was przez te kilka dni wzięło do ręki telefony komórkowe i zacząło wysyłać te Wasze głupie wierszyki do wszystkich ze swojej książki telefonicznej. Czyz nie tak było? No właśnie...

    Nawet do osób, z którymi nie utrzymujecie kontaktu cały rok. Nagle teraz sobie o nich przypomnieliscie? Teraz chociaż chwię zastanowiliście sie co u nich się dzieje w życiu? A może potrzebowali Was wcześniej?

    Czemu te głupie święta stają sie juz nie tylko komercyjne i sztuczne, ale odkrywają prawdziwą naturę i głupotę ludzi. Zakłamanie, dwulicowość, egoizm. 

    Swięta sie skończyły... na szczęście. Ilez można pokazywać w TV papieża starego i nowego, Rubika i resztę idiotów?

Wam oni pewnie imponują. Dlatego, że "wszyscy" ich słuchaja i oglądają? Dlatego, że "taka moda"? Czy może tylko dlatego, że są popurallni i w takie fajne święta pokuzja ich takie fajne stacje telewizyjne?

    Sami sobie odpowiedzcie na to pytanie...

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 26 lutego 2007
Podsumowanie

    Początkowo miało być 8 części, jednak na tym co napisałem zakończę. Myślę, że sens całości zrozumieliście. Kolejnym pomysłem jest stworzenie równie symbolicznej opowieści jednak z inną bohaterką w roli głównej. Pomysł jest narazie w głowie i niedługo przydzie pora przenieść go na blog.Jak już wspomniałem wcześniej, będzie to kobieta, o których wiemy wszystko a równocześnie nie wiemy nic...

poniedziałek, 19 lutego 2007
Człowieku, gdzie sie spieszysz... cz. IV

    Deszcz padał juz mniejszy. Wyszło nawet słońce, jednak tak, jakby chiało tylko zapowiedzieć swoja obecność za kilka miesięcy, kiedy to wszyscy włożą znowu swoje płaszcze, szaliki i rękawiczki głęboko do szafy na strychu. Czuł się zażenowany tym, co spotyka wokół siebie. Coraz mniej można polegać na ludziach. Wracając na uczelnia, bo o 15 miał zacząć kolejne zajęcia usłyszał dźwiek swojej komórki. Odebrał wiadonośc, która brzmiała nastepująco:

"Czesc Płetwiarz:-)na uczelni leci calkiem dobrze tylko dzisiaj zaczynalam zajecia o 7.30i zastpialam na emisji glosu. Tak poza tym to piatki mam wolne  od zajec wiec nie narzekam. A co tam u Ciebie slychac na uczelni? Papatki :* "

    "Kurwa" - wyrwało sie Płetwiarzowi na sam widok znienawidzonnych emotikonek.Miał ich dosyc na gadu - gadu, miał ich dosyc w mailach, a teraz jeszcze przeszły na komórki. Ta, którą dostał na samym końcu wiadomości to nic innego jak pocałunek. "Tak, całujmy sie wszyscy i wszędzie. Pieprzmy się wszyscy ze soba na każdej ławce w mieście. Przecież dzisiaj każdy ma prawo do wszystkiego". Nic nie odpisał. Schowął telefon i psozedł dalej.

 

niedziela, 18 lutego 2007
Człowieku, gdzie sie spieszysz... cz. III

Na polu, albo tak jak lubią Warszawiacy - na dworze- padał deszcz, wiał wiatr i w ogóle było beznadziejnie. Płetwiarz poczuł niezwykłą radość spowodowana mozliwością opuszczenia tych, jakże przygnebiających murów. Spojrzał na zegarek. Dochodziła 12.30. Miał trzydzieści minut do spotkania, a do rpzebycia jakieś 400 metrów. Gdyby nie ta zwariowana pogoda, Płetwiarz chętnie zrobiłby dodatkową rundkę wokół pomnika Pana Adama, jednak warunki zmusiły go do wejścia do ulubionej kawiarni w pobliżu. Usiadł przy ulubionym stoliku, kątem oka zauważył nowo przyjętą kelnerkę. Kiedy podeszła, zauważył, że inteligencja nie grzeszy. "Kurwa, kolejna po podstawówce". Nienawidził swojego podejścia do ludzi i nad tym właśnie w ostatnim czasie długo się zastanawiał. Nie mógł zrozumieć dlaczego ludzie nie potrafia zadbać o swój intelek. Nie wiedział, czy jest to sprawa dziedziczności czy nabytej wiedzy. Płetwiarzowi bardzo przeszkadzał brak mądrości bijącej z oczu zwłaszcza u kobiet. Traktował je z niespotykanym szacunkiem, a jednoczesnie gardził nimi. Kochał, a równocześnie nienawidził je. Czuł sie bardzo dobrze w ich towarzystwie, a jednocześnie czuł ulgę, gdy zostawał sam. Teraz, gdy kobieta podeszła przyjąć zamówienie zastanawiał sie czy przypadkiem nie zrezygnowac z chęci wypicia gorącej herbaty z cytryną i zjedzenia porcji ulubionego sernika i wyjść. Zdecydował, że tak będzie lepiej. Zaoszczędzi to jego niepotrzebnych nerwów.

Do spotkania miał jeszcze dziesięć minut, więc była to najwyższa pora, by zmierzać w umówione miejsce. Ostatnią rzaczą, jaka by chciał, było by spóźnienie się. Uważał, że jesli on sie nie spóźnia, to również druga osoba powinna byc punktualnie. Od zawsze Płetwiarz wolał być nawet pół godziny przed czasem i pcozekać, niż mieć świadomość, że może się spóźnić i nie tylko zabrać komuś cenny czas lecz przede wszystkim stracić swój wizerunek w oczach innych. "Czas płynie jak woda, nigdy nie wraca" - tak mniej więcej pamiętał stare, Hermetyczne powiedzenie.

Dochodziła godzina spotkania, jednak osoby, o którą pytał, jeszcze nie było. Uspokajano go, że Pan Mieczysław zaraz przyjdzie, wyszedł tylko na obiad. Chciał wyjść zapalić papiorosa, jednak nie miał ochoty moknąć na zewnątrz. Miał na, w ostatecznośći, nie wypitą herbatę wielka ochotę, ale teraz już było za późno. Minął kwadrans. Zapytał poraz drugi, czy aby napewno Pan Mieczysław sie zjawi. Zapewniono go, że lada chwila przybędzie. "Tak..." - pomyślał. "... taki to może robic co chce. Umówił się, ale co tam, może sie spóźnic, bo nie jestem kolejnym kontrahentem, który wyłoży kilkadziesiąt tysięcy złotych i nie podpisze z nim umowy, dzieki której wzbogaci się o kilkadziesiąt procent" - pomyslał. Na jego twarzy wkradła sie złość, zdenerwowanie i żenada. "Prosze przekazać Panu Mieczysławowi, że nie mogłem dłużej czekać" - powiedział spokojnym głosem i wyszedł...

 

 

 

 

    Dodatek:

 

    Swoją drogą, jest to jubileuszowy - 25 wpis.

    W związku z tym chętnie bym przeczytał jakiekolwiek sugestie, zdania, opinie o blogu, o mnie i o tym co oraz w     jaki sposób piszę. 

 

    Pozdrawiam 

Człowieku, gdzie sie spieszysz... cz. II

Zajęcia zaczął o 8.30. Nudne, beznadziejne wykłady, na których powinno być równe 90 osób. Ale po co przychodzić na 8.30 rano, w dodatku na pierwsze zajęcia w nocym semestrze? Juz na początku policzył zgromadzone bezinteresownie osoby, było ich 24. "I po co ja tutaj przychodziłem" - pomyslał. "No ale trudno, mam czas przygotowac się do spotkania o 18". Zajęcia minęły w tempie largo. Czekając na kolejne, postanowił pójść zapalic kolejnego papierosa i wypić czekoladę z tego uwielbianego przez wszystkich automatu. Swoją drogą, to tylko czekolada nadawała sie do wypicia. Zamawiając kawę, albo automat nie wydawał reszty, albo w najlepszym przypadku wylewało sie mleko, nie wspomne juz o smaku, który pozostawiał wiele do życzenia. Tak więc Płetwiarz wrzucił 1 złoty 50 groszy, nacisnął najpierw "cukier ekstra", zawsze zamawiał z dodatkowa porcją cukru, tak, dla bezpieczeństwa, gdyby miało byc gorzkie, poza tym uważał, że skoro jest to środek nocy jeszcze, warto wypic coś nawet przesłodzonego. Jednak czekolada była "w sam raz". Nie za słodka, nie za gorzka, nie za gorąca, nie za zimna. Taka, jaką polubił od kilku miesięcy. Zszedł do palarni, znowu spotkał kobietę, która pytała go o pozowlenie do zapalenia kilkadziesiąt minut temu. Dochodząc do stolika słyszał coraz bardziej rozwrzeszczane głosy. "Kurwa! Człowiek nie może nawet w spokoju sobie zapalić". Poznał te głosy z daleka. To jego "wspaniały" kolega ze Szkoły Sredniej. "Siema Płetwiarz" - przywitął go z ironią i badaniem w głosie, jak zwykle zresztą. "Siema F." - odpowiedział Płetwiarz tym samym głosem. W końcu idiotę trzeba traktować jak.. idiotę. "Masz fajkę"? - usłyszał kolejne pytanie. Swoją drogą ile razy jeszcze w Liceum spotykał sie z nim poza zajęciami, tyle razy słyszał to właśnie pytanie. "Nauczyłeś sie palić, naucz sie kupować" - w myslach odpowiedział mu Płetwiarz. Wyciągnął jednak paczkę powodujących impotencje papierosów i poczęstował F. "Dziękówa" - usłyszał. Po tej wymianie słów przyszły kolejne matoły. "I jak sesja? Słyszałem, że z tą G. to macie przesrane. Kazała wam przygotować 2 fugi za tydzień"? - po takich słowach Płetwiarz zgasił papierosa i wyszedł...

Kolejne zajęcia skończył po godzinie 12. Miał teraz trochę czasu dla siebie. Zszedł do szatni, zabrał płaszcz, odwrócił sie na pięcie i wyszedł...

środa, 14 lutego 2007
Człowieku, gdzie sie spieszysz... cz.I

 

Od dzisiaj co kilka dni będzie sie ukazywała pewna historia, jednak ze względu na ograniczenia czasowe, będzie ona w "kawałkach". Pierwsza część zamieszczona zostaje juz dzisiaj. Kolejna - mam nadzieje, że jutro wieczorem najpóźniej się tutaj znajdzie...

życze wszystkim wyciagnięcia odpowienidch wniosków z przeczytanego poniżej tekstu...

 

 

6.00 Płetwiarza obudził dźwięk budzika postawionego nie bez przyczyny kilka metrów od łóżka. Dźwięk ten wydawał sie być najrogszym z możliwych odczuc dla jego ucha. Mając dość porannego sygnału szybko wstał z łóżka i z zamkniętymi jeszcze wówczas oczami wyłączył budzik. "Kolejny, beznadziejny dzień" - pomyślał. Szybko uwinął się w wannie i przed lustrem z suszarką w ręku. Ubrany, jak w ostatnim czasie bardzo częstwo, w ciemne spodnie, koszulę i marynarkę poszedł do kuchni zrobic sobie kawę, taka, jaką zawsze lubił wypić na beznadziejny początek dnia. Zerknął kątem oka na wiszący zegar nad jego głową. Miał kwadrans do wyjścia. Otworzył swój notes, aby nie zapmniec niczego dzisiaj zrobić, włożył notatnik, teczke z dokumentami, pióro, ołówek i portfel do teczki, w notesie ledwo zmieścił zapis "biblioteka", bowiem cały jego dzień miał być kompletnie zawalony.

Wybiła 7.00. Wyszedł z domu trzymając w jednej ręce teczke, w drugiej płaszcz i kluczyki od samochodu. Jadąc mógł w miare spokojnie włączyć ulubioną stację radiową, zapalic pierwszego papierosa, bowiem od obudzenia się a zapalenia pierwszego papierosa musi w przypadku Płtewiarza upłynąć conajmniej godzina. Z zegarkiem w ręku kontrolował, czy aby napewno nie spóźni sie na wykłady.

Udało się, 8.15 był juz na Uczelni. Oddał płaszcz do szatni, poszedł do palarni zapalić drugiego papierosa przy okazji poraz kolejny sprawdzając kalendarz.Wtedy dopiero dostrzegł, że nie zapisał numeru telefonu do firmy, z którą miał sie skontaktować w ważnej, "słuzbowej" sprawie. "No to po wszystkim" skomentował i wcale sie tym nie przejął zbytnio.Wiedział bowiem, że juz nie pierwszy raz "Ktoś" lub "Coś" nie pozwoli mu czegos wykonać. Nie poraz pierwszy cos mu sie nie uda. Poprostu sprawa zakończona. Ale wpadł na pomysł,. że jednak ma adres mailowy do tej firmy, więc po powrocie napisze do nich internetowy list. Ucieszył się, bowiem odzyskał wiare, że nie wszystko jeszcze stracone. W połowie papierosa jedna ze sprzątających kobiet zapytała, czy może sie przyłączyć. "A co mnie to obchodzi" - pomyślał, "przecież to nie jest moja palarnia". Lecz nie powiedział swoich myśli na głos, odpowiedział "bardzo proszę", no bo i coź innego miał odpowiedzieć takiej kobiecie? Skończył, poraz pierwszy na odchodne powiedział komus "do widzenia" i udał sie na zajęcia...

 

 
1 , 2 , 3 , 4